czy

modro_2

mmmmm

w raju

modro_444

test2

test

Z pospolitych wądołów na europejskie salony. Kariera diabła Boruty

Z pospolitych wądołów na europejskie salony. Kariera diabła Boruty
Boruta jest diabłem ambitnym. Przez stulecia wytrwale pnie się po drabinie kariery i dopisuje kolejne pozycje do swojego czarciego CV. Na demonicznym rynku pojawił się wcześnie – zaczynał jeszcze w czasach słowiańskich jako zwykły błotnik, borowiec, złośliwy leśno-błotny duch niskiej rangi.

Awansu doczekał się po chrystianizacji. Zdobył wówczas stanowisko diabła ludowego. Zakres obowiązków Boruty nie zmienił się znacząco – nadal płoszył konie, straszył i wodził po mokradłach spóźnionych podróżnych, ale korzystna sytuacja w jego sektorze pozwoliła mu na inwestycję w wizerunek. W końcu zmonopolizował lokalny rynek w Łęczyckiem. Eventy, które organizował były innowacyjne, spektakularne, wprost nie z tego świata. Pojawiał się bowiem pod postacią czarnego psa, kozła, zakonnika, dzikiego kaczora lub sowy. Czasem, jak każdy, ulegał modzie i nosił się z cudzoziemska. Bezpłatną, skuteczną reklamę zapewniali mu pełni niezapomnianych wrażeń uczestnicy nocnych imprez. Boruta swoje zadania wykonywał z pasją i zaangażowaniem. Lubił swoją pracę i gdy osiągał sukces, to „śmiał się całą gębą i klaskał w ogromne łapy radośnie”. Notował też na swoim koncie porażki. Nie udało mu się zburzyć kolegiaty w Tumie, poharatał ją tylko pazurami, ale usprawiedliwia go fakt, że było to w XII w., gdy nie był jeszcze doświadczony w diabelskiej robocie.

Lata mijały, Boruta umocnił się w Łęczyckiem i zaczęło mu brakować przestrzeni biznesowej. Lud był już zagospodarowany, więc rozwój zawodowy Boruty wyhamował. Diabeł nie chciał zmieniać regionu działania. W Łęczycy czuł się u siebie, był synem tej ziemi i kochał tutejsze trzęsawiska. Urządził sobie mieszkanie w wierzbowej dziupli z widokiem na las i nie myślał o przeprowadzce i zaczynaniu wszystkiego od nowa. Wiele wskazywało jednak na to, że będzie musiał to zrobić, jeśli chce być nadal znaczącym graczem w branży. Pomocy doczekał się Boruta z niespodziewanej strony. Z zastoju wyciągnęli go literaci. Dzięki nim „dobił się snać z czasem i indygieniatu szlacheckiego skutkiem czego zapewne, jako waszmość karmazyn, przeniesiony został z pospolitych wądołów i błot leśnych do wygodniejszych dlań a zaopatrzonych sowicie w niepróżne beczki lochów łęczyckiego zamku, by z tej rezydencji mogąc łatwiejszy brać udział w biesiadach i festynach współbraci szlachty”. W nowym miejscu radził sobie świetnie. „W ciemnym lochu łęczyckiego zamku, przy rozpalonej drzazdze smolnej, siedział na beczce jakiś wąsaty szlachcic i pił z antałka. Miał na sobie karmazynowy żupan, pas złotolity, na rzemyku szablę; czapka rogatywka z siwym barankiem nie przylegała mu należycie, jakby coś jej zawadzało; jakoż kiedy chciał się poskrobać po głowie, ujrzałeś przy ręku pięć ogromnych pazurów, a za uchyleniem czapki, małe czarne rogi. (…) Twarz miał wielką, rumianą; wąs potężny, obwisły spadał mu wraz z brodą na piersi; wzrostu wielkiego, szeroki w plecach, oczu iskrzących”. Bogactwa ukryte w zamkowych lochach kusiły śmiałków, ale żaden z nich nie był w stanie ich zdobyć. Zamiast złotych monet i drogich kamieni wynosili z ciemnych piwnic zasiane w duszach ziarna wiecznego potępienia. Boruta miał się tymczasem doskonale – jako szlachcic pieczętował się zacnym Jastrzębcem, a jako diabeł był ceniony przez kierownictwo. Po stu latach Boruta znudził się zamkową piwnicą, więc podjął próbę włączenia się w szlacheckie życie. Jednak łęczycka szlachta okazała się być mniej naiwna, a bardziej pobożna niż sądził. W końcu jakiś dobry szermierz obciął diabłu w pojedynku dwa palce, dając do zrozumienia, że otwarte działania nie przyniosą sukcesu.

Wojenne czasy XX wieku Boruta przesiedział w ukryciu. Dużo potężniejsze siły zła działały wówczas na świecie, więc uznał, że lepiej nie wychylać rogów z piwnicy. Około roku 1957 objął stanowisko diabła robotniczego w miejscowej kopalni rudy. Musiał się wówczas sporo nauczyć o górnictwie i górnikach. Mimo to nie radził sobie zbyt dobrze. Uwarunkowania polityczne sprzyjały w tym czasie jego pracy, ale generalnie niewielu ludzi chciało z nim lojalnie i trwale współpracować. Mijały lata. Boruta popadał w zapomnienie. Książki pełne podań i legend, w których opisywano jego działania pokrywał kurz w bibliotekach. Dorośli wyrzucili diabły do dziecinnego pokoju, ale dzieci już odkryły bardziej atrakcyjnych bohaterów w świecie gier komputerowych i kolorowego plastiku. Szczęście nie opuściło jednak Boruty. Stulecia obecności na rynku i kolosalne doświadczenie zrobiły swoje i Boruta zaistniał w Regionalnym Programie Operacyjnym Województwa Łódzkiego na lata 2007-2013. W projekcie "Szlachcic Boruta marką Łęczycy i województwa łódzkiego” diabeł wreszcie pozbył się rogów, kopyt i ogona. W urzędniczej wizji świata przestał być siłą zła, a pozostał marką, znakiem, gadżetem. Przypuszczam, że z tego powodu śmieje się całą gębą i zaciera ogromne łapy z uciechy. Może niebawem usłyszymy, że Boruta piastuje wysoki urząd w Brukseli?

Justyna Masłowiec

Rozważania o Borucie zainspirował drzeworyt Antoniego Toborowicza zob. BN G.64800